Translate

czwartek, 30 kwietnia 2020

To były piękne dni... i piękne dźwięki

Z okazji dzisiejszego dnia (30 kwietnia! data szczególna) chciałbym zabrać Was w krótką podróż, podczas której zatrzymywać się będziemy przy piosenkach mojej młodości (która, jeśli przyjąć, że jest to stan ducha, trwa nadal!). A, tak, dwa z zamieszczonych utworów piosenkami nie będą: jeden jest bowiem całkiem instrumentalny, drugim zaś jest modlitwa (a wiem, że osoby mocno religijne tu zaglądają, będzie to więc także zaproszenie do wspólnego przeżywania). Zastanawiałem się długo nad kontynuowaniem tej tematyki na blogu; dziś myślę, że znajdziemy w niej odskocznię od codzienności. Wejdźmy!


Kiedy byłem mały, w powszechnym użyciu wciąż znajdowały się magnetofony (pokaźny zapas kaset wciąż jeszcze leży w jakimś starym pudełku) i przy ich pomocy poznawałem pierwsze piosenki mojego życia. Nie mogę tu powstrzymać się od zamieszczenia odnośnika do utworu niezmiennie kojarzącego mi się z latami dziewięćdziesiątymi - "Zielonego ogórka". Wydaje mi się nawet, że brzmi inaczej (pewnie lepiej!) od starej, trzeszczącej i gubiącej taśmę kasety, ale to tamta wzbudza dzisiaj sentyment:

Zielony ogórek

Z kolei spędzanym w gronie rodzinnym świętom Bożego Narodzenia zawsze towarzyszyło oglądanie koncertów sylwestrowych w telewizji (kiedy nie było jeszcze tego w internecie), a tam grała będąca u szczytu popularności Budka Suflera. Jeszcze bardziej z tamtymi latami kojarzą mi się wszelkie składanki typu "klasyka polskiej piosenki" z dominującymi na nich utworami z dzieciństwa nie tyle mojego, co moich rodziców (dziękuję, mamo!), jak ten, który dał tytuł temu wpisowi:

To były piękne dni

Ile to ja lat już tego nie słyszałem. Piękna to okazja, by sobie przypomnieć utwór pani Kunickiej. Swoją drogą, wydaje mi się, że gdzieś zagubiła się dziś umiejętność pisania takich zgrabnych, melodyjnych utworów, a z pewnością nie promuje się już ich tak mocno. Szkoda. I jeszcze jedno: uderza mnie ostatnio to, że zrobiłem się bardzo sentymentalny (i stąd zapewne ten tytuł). Następną ważną grupę utworów stanowiły dla mnie wszelkiego typu pieśni o charakterze mniej lub bardziej baśniowym, a czasem oprócz tego i budzącym wesołość, jak słynna już, wykonywana przez Jacka Wójcickiego, "śmieszna piosenka", jak ją nazywały moje koleżanki, bo trudno nie zacząć się tu śmiać, kiedy pan Jacek śpiewa o zagubionym mieczu:

"Śmieszna piosenka"

Dodać też trzeba tu koniecznie wspomniany wyżej "instrumental", pochodzący z gry komputerowej The Settlers 2 (po polsku: Osadnicy). Ech, to była zabawa, dźwięk tego wiekowego już dzisiaj instrumentu ma dla mnie szczególny urok. Trudno mi przypomnieć sobie równie dobrą muzykę tła:

S2 - Dwójka

Bardzo późno zacząłem się zapoznawać z muzykami uprawiającymi gitarowy rock - nigdy nie spełniali oni mojego poczucia estetyki. Drażniło mnie natomiast - i drażni wciąż - uznawanie przez wiele mediów, że jest to "jedynie słuszna" forma sztuki. Pogląd ten rodzi wiele konfliktów, ale nie tu miejsce na ich przedstawianie. Ja jednak - to zasługa taty, ale także czasów, w których dorastałem - preferuję łagodniejsze dźwięki, raczej elektroniczne. I tu przechodzimy do punktu znanego każdemu, kto się wsłuchiwał w to, czego ja słucham.
Gdzieś w połowie liceum polubiłem twórczość Depeche Mode - Brytyjczyków nadających swoim piosenkom specyficzne, bo tworzone przez siebie, brzmienie. Tu zwrócę uwagę na jedną, bardzo liryczną i delikatną piosenkę, w której Martin Gore (kto wiedział, że ów zespół ma dwóch wokalistów?) śpiewa o tym, jak łatwo go zadowolić (a to bardzo przewrotny autor tekstów piosenek):

Błękitna

O moim uczuciu do twórczości Iana Andersona kiedyś już wspominałem, dziś więc zwrócę tylko uwagę na piękną piosenkę, której bohaterowie, zakochana w sobie para, przyglądają się lecącej ku świecy ćmie (po angielsku: moth) i widząc, jak ginie w płomieniu, rozmyślają o kruchości życia:

Ćmy

Podróż naszą zakończmy przy utworze będącym muzycznym opracowaniem sławnej Modlitwy św. Franciszka z Asyżu (po włosku: Preghiera) w wykonaniu obdarzonej urokliwym głosem katalońskiej artystki Arianny Savall, córki jeszcze słynniejszego Jordiego:

Spraw, abyśmy mogli 
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać. 


Tak, wysłuchanie koncertu pani Savall wydatnie poszerzyło moje horyzonty, to było jak znalezienie tajemnej komnaty w zamku.

Modlitwa

Obrazek dziś tylko jeden, za to nastrojowy:
Na poniższym zdjęciu widzimy za to imponujące organy z klasztoru świętokrzyskiego (i zapewne wkrótce znów zajrzymy w najstarsze polskie góry):


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz